Chcesz być u mnie na bieżąco? Wystarczy, że zostawisz tu swój adres e-mail :-)

POCZĄTKI MACIERZYŃSTWA - HISTORIA ALICJI....




Alicja miała 25 lat. Niedługo po ślubie zaczęła starać się z mężem o dziecko. Na szczęście nie trzeba było długo czekać. Mama była pod opieka znakomitego lekarza, tata dziecka uczestniczył przy każdym badaniu USG. Po pięknej wzruszeń i uniesień ciąży na świat przyszedł mały Antoś. Pierwsze dziecko Alicji. Ciąża przebiegała książkowo, poród odbył się bez większych komplikacji. Oczywiście bolało jak diabli, ale był przy niej mąż Adam, który ją niesamowicie wspierał i oczywiście odważnie przeciął pępowinę. Ala nigdy nie zapomni, kiedy pierwszy raz przytuliła swoje dzieciątko. W szpitalu była fantastyczna opieka. Znakomite położne pomagały przy opiece nad noworodkami. Serce Alicji przepełniło się bezgraniczną miłością. Nie umiała się na Antka złościć, ani gniewać, nawet jeśli długo marudził. Mały bez problemu zaczął ssać pierś. Kiedy Ala karmiła patrzyli sobie w oczy. Maleństwo świetnie się rozwijało, miało dobry apetyt. Mama gotowała tylko z warzyw domowego ogródka zaprzyjaźnionej pani Steni, która sprzedawała na pobliskim bazarku. Antoś nigdy nie ssał smoczka, bliskość matki wystarczała mu w zupełności. Był karmiony piersią, aż do ukończenia pierwszego roku życia. Kiedy chłopiec spał, mama lubiła nucić mu kołysanki i upajać się jego widokiem. Rodzicom nie znane były kolki i bolesne ząbkowanie. Mama szybko nauczyła się, jakie są rodzaje płaczu synka i co oznaczają. W końcu korzystała z rad poradników przeczytanych w ciąży. Można powiedzieć, że rozumieli się bez słów. W nocy maluch budził się raz na karmienie, a po ukończeniu szóstego miesiąca życia przesypiał całą noc. W dzień bawił się sam w łóżeczku lub na kocyku. Ala miała więc, czas na ugotowanie obiadu i posprzątanie mieszkania, a nawet na chwilę dla siebie. Chłopiec bardzo lubił jeździć samochodem, a w wózeczku na spacerze też zawsze był spokojny. Rodzinka mogła więc, pozwolić sobie na na wypady poza miasto. Byli z Antosiem na mazurach, nad morzem, objeździli wszystkie atrakcje w okolicy. Kiedy Alicja chciała wyjść na zakupy, siłownię lub do kosmetyczki mogła liczyć na wsparcie swojej mamy. Mąż Ali  pracował od 7 do 15 , po powrocie też bardzo dużo pomagał przy małym.
Za niecałe dwa lata na świat przyszła Ania. Mała, słodka kruszynka. Ciąża i poród znowu przebiegły doskonale. Dzieci się uwielbiały, starszy brat kochał swoją siostrę nad życie. Ala mogła całymi godzinami zajmować się swoją cudowna parką. Teraz życie Alicji było jeszcze piękniejsze, bo przecież miała już doświadczenie, więc przy Ani było jeszcze łatwiej niż przy Antosiu. Mama szybko wróciła do aktywności fizycznej. Początki macierzyństwa były najpiękniejszym etapem dotychczasowego życia młodej kobiety. Do pracy wróciła kiedy dzieci poszły do przedszkola. Pensja Adama wystarczała im bowiem na bieżące potrzeby, a  szefowa Ali doskonale rozumiała jak ważna jest rola matki w pierwszych latach życia małego człowieka....

Czy znacie Alicję ?????????????

Bo ja nie.......Chyba, że to Alicja z Krainy Czarów......

Za to znam inną mamę...


W pierwszą ciążę zaszła tak jak Alicja, w wieku 25 lat i bez większych problemów. Okres  dziewięciu miesięcy wspomina bardzo dobrze. Pomimo porannych mdłości w pierwszych tygodniach, nie mogła narzekać. Przyszła mama dużo odpoczywała, była spokojna, bo w wolnej chwili przeczytała kilka książek typu W oczekiwaniu na małe cudo, Niemowlak i czyste mieszkanie-ty też możesz osiągnąć niemożliweBądź przede wszystkim mamą, Zes...  się, a nie daj się. Podsunęła też lekturę Jak być perfekcyjnym ojcem przyszłemu tacie, ale jego przygoda skończyła się na spisie treści. Niestety musiał ciężko pracować, żeby starczyło na to, co wymarzyła sobie mama dla swojego aniołka. Poczynając od  pieluch tetrowych w kolorowe małpki, pieski i autka do sterylizatorów, podgrzewaczy i laktatora, nie zapominając o słodkich niebieskich ciuszkach w rozmiarze 50 i 56 , maściach do delikatnej, niemowlęcej pupiny, kremikach, gazikach i grających plastikowych cudach. Na szczęście dużo rzeczy dostała od innej mamy, więc starczyło na najmodniejszy wózek. Łóżeczko rozłożyli już w połowie ciąży. Jego konfiguracja względem ścian pokoju zmieniała się kilka razy. Pokój i tak stał pusty, niech się dziecko przyzwyczaja, a nóż widelec widzi przez powłoki brzuszne. Pomiędzy czasem spędzonym na głaskaniu brzucha mama prała, prasowała i składała ubranka. Raz w kostkę, raz w prostokąt. W końcu stwierdziła, że jednak najlepiej będzie im w półce męża. Nie obchodziło ją, gdzie on pomieści swoje fatałaszki. Teraz najważniejsze jest dziecko, a ona ma syndrom wicia gniazda (czytała o nim w jednym z poradników). Rodzice chodzili pilnie na szkołę rodzenia, słuchali wykładów, robili notatki, ćwiczyli oddechy, mama uczyła się jaka jest najlepsza technika parcia, aby w swoim czasie pozbyć się w majestatyczny sposób swojego pierworodnego. Jak przyszło, co do czego skończyło się na cesarskim cięciu. Mama wiedziała, że ze względu na wykryte w trakcie ciąży zmiany zwyrodnieniowe siatkówki oka, tak może się skończyć jej ciąża, ale chyba wierzyła, że tuż przed operacją dozna cudownego uzdrowienia. Tak, to była operacja. Lekarze rozcięli mamie brzuch i wyciągnęli dziecko. Leżała zdrętwiała od pasa w dół, zacewnikowana, trzęsąca się z zimna ( myślała, że to ze stresu, okazało się jednak, że to działanie podanego znieczulenia ). Mimo tego, że odbyło się to taką drogą, kiedy kątem oka zobaczyła zaledwie pięty swojego wrzeszczące dziecka, po polikach leciały jej łzy. Nie czuła się gorsza. Później przeżyła koszmar, przed dwanaście godzin nie mogła wstać, zszyta rana bolała niemiłosiernie, a w szpitalu na pomoc nie mogła liczyć (ale to już miejsce na zupełnie osobną historię). Zatem pomijając to, co działo się w szpitalu, po trzech dobach nasza Bohaterka (myślę, że mogę pozwolić tu sobie na wielką literę z przodu), została wypisana do domu. Położyła dziecko na łóżku, usiadła obok i płakała. Do tej pory nie wie dlaczego, czy ze szczęścia, czy z bezradności. Przecież nigdy nie obcowała z małym dzieckiem, nie wie jak kąpać, jak pielęgnować. Nic nie wie, a przecież czytała książki. Nie rozumiała, co się dzieje z jej ciałem. Nikt nie mówił, że karmienie na początku boli. Do dziś pamięta słowa męża, który na widok łez mówi ale o co ci chodzi;) do dziś mu to wypomina. Choć doskonale go rozumie. Skąd miał wiedzieć. Dziecko krzyczało, bo nie umiało złapać piersi, trwała trzy tygodniowa walka o pokarm. Młody tatuś był też nieźle przerażony. Gdy przygotowywał mleko modyfikowane, sprawdzał jego temperaturę elektrycznym termometrem, a pod światło obserwował, czy nie daj Boże w mieszance nie ma grudek. Ponadto okazało się, że większość zakupionych ubranek jest za mała. Dzidziuś okazał się być dużym chłopcem, urodził się z masą 3850 g i miał 57 cm. Połóg? Na szkole rodzenia nikt o tym nie mówił. Nie uczono o tym na lekcjach biologii. Jej wiedza na jego temat, ograniczała się do tego, że słyszała kiedyś takie słowo. Nie mówili też o tym, że można żyć bez snu. Tak, brak snu doskwierał najbardziej. To był szok. Przez półtora roku mama nie spała dłużej, niż dwie godziny ciągiem. Pomimo tego, że dała dziecku smoczka, śpiewała, tuliła, błagała. Nic z tego. Przy okazji odkryła, dlaczego w niemowlęcych łożeczkach są szczebelki. Kiedy już nie mogła się obudzić podtrzymywała się o nie, aby jakoś utrzymać się w pozycji pionowej. Mama czasem buczy pod nosem czemu się drzesz, a za chwilę ma wyrzuty sumienia. Mąż jej pomagał jak mógł, ale właśnie podjął nową pracę i to poza miastem, więc mało bywał w domu. Brak snu, permanentny brak snu, noc mieszała się z dniem, dzień mieszał się z nocą. Rodzice myśleli, że przyczyna tkwi w szynie założonej na nóżki dziecka z powodu dysplazji stawów biodrowych. Niestety po całkowitym zdjęciu tego ustrojstwa dziecko nadal się budziło. Mama i tata zrzucili na ząbkowanie. Obarczone gorączką, biegunką i długimi, nocnymi wędrówkami po całym mieszkaniu. Dodatkowo w ciągu dnia, pomiędzy turbodrzemkami malucha, mama wyciągała książki i próbowała wbić sobie coś do głowy, ponieważ  czekał ją ważny egzamin. Dobrze, że nie miała w pobliżu młotka, bo mogłoby się to wszystko źle skończyć. W pierwszych tygodniach po porodzie młoda kobieta przyznaje się, że nie czuje miłości. Wykonywała mechanicznie wszystkie czynności przy synku, ale niestety nic nie czuła. A przecież będąc w ciąży niesamowicie je kochała. Czy tak będzie już zawsze? Na szczęście to uczucie szybko minęło i przerodziło się w niesamowitą więź, która trwa do dziś, choć jej synek skończył już sześć lat. Mama wiedziała, ile kupek dziennie zrobiło jej dzieciątko, którego dnia wyrósł mu nowy ząbek, zapisywała co jadło i ile spało. Mogła to nawet powiedzieć wierszem. Prowadziła album, w którym notowała wszystkie ważne wydarzenia z życia dziecka. Nie mogła się doczekać, kiedy dziecko siądzie, kiedy zacznie raczkować, chodzić, ponoć wtedy będzie lżej. Słuchała rad z pozoru doświadczonych mam, które jednak nie wiedziały, że składniki odżywcze pokarmu matki pochodzą z krwi, a nie z żołądka. Jeszcze nie wiedziała, że nikt nie jest idealny. Szkoda, bo bardzo dużo straciła. Niepotrzebny był ten cały stres. Powoli jednak wszystko nabrało barw, mama wrzuciła na luz, dziecko rozwijało się dobrze, a mama pokochała je niekończąca się miłością. Mama karmiła do dziesiątego miesiąca życia. Była spełniona i pewna, że to wystarczy, dziecko bardzo ładnie odzwyczaiło się od piersi i przestawiło na mleko w postaci zupek mlecznych oraz kaszek podawanych z miseczki. Mama gotowała, ale od czasu czasu wspierała się gotowymi daniami. Żywienie dziecka było dla niej czymś ważnym, ale nie było świętością. Pomimo, jak się okazuje, zwyczajnych trudów macierzyństwa i wiecznego chaosu, mama wspomina ten okres dobrze i wyjątkowo. Pamięta zapach pierwszego kremu do buźki, pamięta spacery, wspólne podróże (pomimo tego, że synek nie nienawidził jeździł autem i strasznie w nim płakał). Karmienie piersią było dla niej niesamowitym doświadczeniem. A kiedy chłopiec miał 4 latka, chodził  już do przedszkola, a w domu zaczął panować ład i porządek...rodzice postanowili postarać się o drugie dziecko...

                                                                                                                                                cdn.....

                                                    Mamolova



Jeśli spodobał Wam się wpis, będzie mi miło, jeśli go udostępnicie. 
Zapraszam też na mój profil na Facebooku i Instagramie. 
Linki do portali znajdziecie w nagłówku.
Każda wasza aktywność jest dla mnie siłą do działania.

WIZYTA W STREFIE RELAKSU


Muszę się Wam pochwalić. Jeszcze w tamtym roku dostałam od pewnej znajomej fantastyczny prezent. Darmowy bilet do jedynej w swoim rodzaju strefy relaksu. W tamtym tygodniu udało mi się go wreszcie zrealizować. Czekałam na to całe cztery miesiące... 

Ponieważ, nigdy nie byłam w takim miejscu byłam lekko zestresowana. Miła pani na recepcji bardzo uważnie obejrzała wejściówkę, wpisała coś do zeszytu i pokierowała mnie w docelowe miejsce. Przede mną czekało około dziesięciu osób w różnym wieku, zarówno kobiety jak i mężczyźni. Mimo to wszyscy byli raczej mili i życzliwi. Przed wejściem do strefy należało wypełnić krótką ankietę, dotycząca swojego stanu zdrowia i wyrażającą zgodę na przeprowadzenie odpowiednich czynności przez personel. Po dopełnieniu wszystkich formalności, czekałam podekscytowana na swoją kolej.
Gdy zostałam wywołana i weszłam do specjalnego pokoju, pani poprosiła mnie o zdjęcie biżuterii, okularów oraz pozostawienie swoich rzeczy w przeznaczonym do tego miejscu. Wyjaśniła mi też, co będzie po kolei wykonywała. Położyłam się na specjalnym łóżku i dostałam stopery do uszu. Pani przykryła mnie specjalnym kocem i powiedziała, że teraz wyjdzie, a ja mam sobie tylko spokojnie leżeć. Już zaczęło mi się podobać. Nagle moje łóżko wjechało do czegoś w rodzaju tunelu. Słyszałam stłumiony hałas. Pani mówiła, że jeśli jednak będę chciała zrezygnować wystarczy, że nacisnę przycisk, który dostałam do dłoni. Jednak ja przymknęłam oczy i czułam jak odpręża się każda część mojego ciała. Moje dłonie, ręce, stopy, nogi, brzuch, klatka piersiowa, plecy, kark, szyja. Moje powieki opadały bezwiednie. Czułam spokój, serce biło mi łagodnie i regularnie. Cieszyłam się tym cudowny odprężeniem i już wchodziłam w fazę REM , gdy nagle pani wróciła i powiedziała, że już po wszystkim. Niesamowicie wypoczęta wróciłam do domu. Kiedy minęłam próg mieszkania i spojrzałam w lustro zauważyłam, że stałam się o 9 lat młodsza i lżejsza tak około......kilka gramów.
Natychmiast obudziłam się z tego niezwykłego letargu i przypomniałam sobie, gdzie tak naprawdę byłam. Szybko chwyciłam za telefon. Okazało się, że mam trzy nieodebrane połączenia. Wybrałam numer i usłyszałam: czy Pani była dziś w szpitalu na badaniu rezonansem magnetycznym? Przez moment się zawahałam, ale po chwili zastanowienia odpowiedziałam: noooo tak....
Pani kontynuowała: A nie zostawiła Pani w gabinecie biżuterii?
No.... tak....zostawiłam obrączkę, pierścionek zaręczynowy i łańcuszek- wybełkotałam.
Już byłoby po mnie. Biorąc pod uwagę, że ostatnio popsułam laptopa, maszynkę do mięsa oraz blender (tak drogi mężu, to jednak ja). Pozwoliłam też, aby moje okulary wpadły w ręce młodszego Cudaka. Mężowi poszło po kieszeni, bo okulary zostały złamane. Dzięki Bogu, że w ostatniej chwili udało mi się uratować telefon komórkowy przed utopieniem go w toalecie. Więcej grzechów nie pamiętam.
Przerażona czym prędzej  pojechałam odebrać zostawioną zgubę, przez co potem spóźniłam się we wszystkie miejsca, które miałam odwiedzić po badaniu. Co by jednak nie było nie wiedziałam, że tego dnia osiągnę stan nirwany. Około trzydzieści minut leżenia w hałasie innym niż wrzaski Cudaków okazało się mega relaksem. Lęk przed zamknięta przestrzenią i podanie kontrastu mogą się schować. Jak się tak głębiej zastanowić to nie pamiętam, kiedy leżałam  sama ze sobą przez pół godziny. Każda taka próba przy moich dzieciach kończy się niepowodzeniem. Nawet jak mały śpi to myślę : odpocznę tylko odkurzę, tylko zmyję, tylko rozwieszę itp.itd. W końcu mały się budzi.
Jak nam wiadomo, apetyt rośnie w miarę jedzenia. Rozochocona tamtejszymi wydarzeniami pomyślałam sobie, co by tu jeszcze sobie wymyślić, żeby znowu tak wypocząć. Przypomniałam sobie, że moja stomatolog mówiła, że dobrze by było, gdybym wyrwała zęby mądrości. Pomyślałam,  sobie, że w sumie dostanę znieczulenie, nic nie będę czuła, z ósemką nie jest tak łatwo, pewnie to trochę potrwa. Gdzieś ze dwadzieścia minut spokoju zapewnione. Niestety bardzo się rozczarowałam, bo pan chirurg wykazał się nie lada sprytem. Ledwo zdążyłam znaleźć dogodną pozycję na fotelu, nie minęło kilka minut, a on oznajmia mi, że już jestem wolna. Chciałam zagrać na czas, coś zapytać, porozmawiać, ale niestety gazik w buzi mi to uniemożliwił. No cóż, to akurat nie był dobry pomysł. Dzięki Bogu mam jeszcze trzy zęby mądrości, może z nimi pójdzie nieco dłużej. Tymczasem muszę znaleźć inny sposób na oderwanie się od domowych obowiązków.
A teraz tak całkiem poważnie. Pamiętajmy drogie mamy, że my też mamy prawo do odpoczynku i czasu wyłącznie dla siebie. Tatusiowie, praca w domu w towarzystwie małych szkodników to naprawdę ciężki wyczyn. W czterech ścianach z dziećmi naprawdę czasem ciężko zebrać myśli. Jeżeli tylko mamy możliwość, aby ktoś z chęcią pobył z naszymi pociechami, korzystajmy. Od czasu do czasu wyjdźmy do fryzjera, kosmetyczki lub na ploty z koleżankami. Zapiszcie się na fitness, siłownię czy basen, rozwijajcie swoje pasje. Ja ostatnio pokochałam zumbę. Wracam z zajęć zmęczona fizycznie, ale z pozytywną energią. Przyznam się, że niejednokrotnie, gdy moje Cudaki mają wyjątkowo ciężki dzień wychodzę z domu dwadzieścia minut wcześniej i idę na zajęcia w żółwim tempie, albo odpoczywam w szatni ;););). Choć ja też tego odpoczywania bez nich i od nich dopiero się uczę. Bowiem jeszcze zanim wyjdę, to już za nimi tęsknię. Ale trening czyni mistrza. Przy pierwszym Cudaku starałam się być nienaganną matką polką, przez co niejednokrotnie chodziłam sfrustrowana, zła i nabawiłam się ataków migreny. Teraz pamiętam, aby w ciągu zwariowanego tygodnia zarezerwować czas wyłącznie dla siebie.
 Z własnego doświadczenia wiem, że niekiedy jest to bardzo trudne. Mąż późno wraca do domu, dzieci chorują, świat pędzi jak szalony. Jednak dzisiejsze czasy dają nam naprawdę mnóstwo możliwości,  a jak wiadomo szczęśliwa mama to szczęśliwe i zadowolone dziecko.
P.S. A szpitale i wejściówki w postaci skierowania od znajomej pani doktor najlepiej omijać z daleka.
                                                                                                 Mamolova

                                                                                                                                                              

                                                                   
                                       



                                                                                                   


COŚ CZEGO ZABRAKŁO...


Kiedy tak na nich patrzę zastanawiam się, co tak naprawdę straciłam. Żal mi każdej sekundy, minuty, godziny, każdego dnia, każdego miesiąca. Żal mi straconych lat, które spędziłam samotnie. Bez Ciebie. Tak ciężko mówić mi o czymś czego nigdy nie miałam, co mogę sobie tylko wyobrazić, co mogę tylko zaobserwować. Nie jest łatwo mówić o uczuciu, które jest mi obce. Dlatego dalej żałuję: że nie mogłam tak samo kochać jak nienawidzić, że nie mogłam do Ciebie przyjść kiedy mi było źle, a za chwilę marzyć żebyś zniknęła...bądź zniknął. Jest mi przykro, że nie mogłam nauczyć się od Ciebie jak się dzielić, jak się kimś opiekować i być za kogoś odpowiedzialnym lub, że ja nie mogłam tego nauczyć Ciebie. Szkoda, że nie poznałyśmy swoich tajemnic. Żałuję, że nie mogłam rywalizować z Tobą o uwagę naszych ukochanych rodziców. Niestety nigdy nie spędziłam z Tobą wakacji i nie znam twojego ulubionego smaku lodów. Szkoda, że nie mogliśmy razem stłuc ulubionego wazonu mamy, a potem zgonić na siebie nawzajem. Żałuję, że nie mogłam Cię kryć. Brakuje mi wspólnych zakupów i sekretów, które przypadkowo zdradziłyśmy najbliższym. Nie miałeś szansy stanąć w mojej obronie, kiedy tak bardzo się bałam. Nie było Cię przy mnie kiedy osiągałam sukcesy.
Tak bardzo żałuję, że nie dostałam od życia prezentu w postaci rodzeństwa, że nie mogłam powiedzieć to mój brat lub to moja siostra. Niestety nie wiem czym wyróżnia się ta wyjątkowa więź. Wydaje się być delikatna, a jednocześnie niesamowicie silnaKiedy obserwuję moje dzieci nie mogę oderwać wzroku. Mój starszy syn Krystian zakochał się w swoim bracie od pierwszego wejrzenia. A dokładnie w jego żołądku. 😀 Po badaniu USG w trakcie ciąży stwierdził, że ten jego dzidziuś jest przepiękny, ale najładniejszy to ma właśnie  żołądek. No cóż, może tylko tyle uchwycił 4 i pół letni rozumek małego chłopca. Powiedział też, że Olek wygląda jak kosmita i bardzo się martwił, że tak zostanie. Od tego dnia codziennie mówił do brzucha i przybijał z bratem piątki. Wieczorami modlił się o jego zdrowie, a ja potem jak bóbr wyłam w poduszkę pod wpływem wzruszenia i hormonów ciążowych.
Kiedy mały Cudak zawitał w naszym domu starszy akurat był bardzo chory. Miał nakaz podchodzenia do brata tylko w maseczce chirurgicznej. On przezorny zostawał w progu drzwi pokoju, w którym był maluch. Na wszelki wypadek, żeby nie zarazić braciszka. Kiedy starszy syn tuli młodszego, mam poczucie,że dostał od nas dodatkowa duszę w gratisie. Mówi do brata kocham, a w tej samej minucie stwierdza, żeby sobie poszedł, bo chce być sam. Mówi: Oluś jesteś taki śmieszny, gdy ten szarpie go za włosy. Często mu ustępuję, nawet jeśli są sytuacje, że wcale nie musi. Jednak młodszy brat to także niezły  interes. Wybierając zabawki dla braciszka zawsze wybiera taką, na którą on jest już za duży. Oczywiście czasami dochodzi do przepychanek. Są dni, kiedy każdy z nich chcę zaznaczyć swoją pozycję i skupić na sobie uwagę. Przy czym starszy robi to świadomie, a młodszy intuicyjnie.
Aleksander braterskiej miłości jeszcze się uczy. Wpatrzony w starszaka jak w obrazek ciągle go naśladuje, pełnią szczęścia jest dla niego fakt, że pobawi się tym co uwielbia brat. Nikt nie potrafi rozśmieszyć go jak Krystian. Tylko on rozumie wygłupy starszaka, których my mamy już czasem dość. Z drugiej strony kiedy starszy syn się do mnie przytula, potrafi przyjść szybko na tych swoich słodkich, 20 centymetrowych stopkach i próbować zepchnąć Krystiana z moich kolan.
Są tak rożni, a tak bardzo podobni. Widzę między nimi coś magicznego, coś czego ja nigdy nie poczuję i do końca nie zrozumiem. Coś, co na pewno kształtuje ich osobowość, uczy empatii, asertywności i rozwiązywania konfliktów. Teraz tylko moja rola w tym, aby nauczyć ich wzajemnego szacunku i dbania o to wyjątkowe uczucie, doceniania tego, że mają siebie. Uświadamianie, że żaden z nich nie jest dla mnie w niczym lepszy, ani gorszy, że kocham ich tak samo mocno. Muszą wiedzieć, że kiedy nas zabraknie będą mieli jeszcze siebie. Życzę swoim dzieciom, aby nic nie stanęło na ich wspólnej drodze i nie zepsuło ten cudownej relacji. Aby umiały rozwiązać wspólne problemy i traktowali się jak przyjaciół, żeby pamiętali, że rodzeństwo to część dzieciństwa, która pozostanie z nimi na zawsze 💟💟💟.

Jeśli spodobał Wam się wpis, będzie mi miło jeśli go udostępnicie. 
Zapraszam też na mój profil na Facebooku i Instagramie.
Linki do portali znajdziecie w nagłówku.
Każda wasza aktywność jest dla mnie siłą do działania.

WYCZEKANY WEEKEND


Nadchodzi wyczekany weekend;) 

Wreszcie pośpię dłużej. Przed 9.00 nie wstaję. Mąż przyniesie do łóżka śniadanie i ciepłą kawę.Zjem, a później posnuję się po mieszkaniu jeszcze trochę w pidżamie. W sumie nigdzie mi się nie śpieszy. Potem wezmę prysznic, zrobię delikatny makijaż i ulubioną fryzurę. Odkurzę mieszkanie, zmyję naczynia po śniadaniu, wstawię jedno pranie. Przez cały tydzień się nazbierało. Pozatym wszystko jest na swoim miejscu. Nawet makijaż nie zdążył się rozmazać, a fryzura układa się pięknie. No dobrze, będziemy musieli wyjść na małe zakupy, bo przydałby się jakiś obiad. Ale bedzie jeszcze czas. Siądę z ulubiona książką. Tak na godzinkę. W sklepie powoli pospacerujemy między półkami, sprawdzimy daty, przeanalizujemy ceny. Kupię sobie kilka nowych kosmetyków. Potem wspólnie przygotujemy coś do jedzenia .Zjemy w spokoju rozmawiając o wszystkim, co nas spotkało w ciągu tygodnia.Po obiedzie może umaluję paznokcie albo zrobię maseczkę. Przy okazji ponarzekam,że tak szybko mija dzień. Jakieś plany na wieczór? Może wyjdziemy do kina,spotkamy się ze znajomymi albo po prostu się przytulimy,zjemy romantyczną kolację,weźmiemy kąpiel i poprzerzucamy programy w telewizji.Potem zaśniemy i prześpimy całą noc... 

 ZARAZ ZARAZ ZARAZ STOP STOP STOP WRÓĆ WRÓĆ WRÓĆ COFNIJ COFNIJ COFNIJ. PRZECIEŻ MASZ DZIECI I TO DWOJE. TAK TO BYŁ PIĘKNY SEN... 

Nadszedł wyczekany weekend;) Koło 6.oo budzi się młodszy Cudak płacząc wniebogłosy, bo sam nie wie czy chce mieć zmienioną pieluchę czy może najpierw by zjadł. Szybko postanawiam wstać, ale za nim to robię wskakuje na mnie starszy Cudak, który mówi MAMOOO NUDZIII MI SIĘ... Kawa niepotrzebna. Ciśnienie i tak skacze za wysoko. Jednak ukochany mąż i tak ją robi. Robi też śniadanie. Jednak zanim je zjem mały 80 centymetrowy Pędrak wywala mi je już ze stołu i rozmazuje na podłodze. Na czym ja stanęłam? Na brudnej pieluszce czy robieniu kaszki? Najprędzej na mojej kanapce. Czuję rozciapanego pomidora pomiędzy palcami mojej nogi.Pęcherz mnie ciśnie, ale ok zrobię tę kaszkę, bo mały głodomór krzyczy. Sukces. Karmię. Cudak wyrywa łyżkę i część kaszki ląduje na mojej twarzy, a część na Cudaku, który nadal jest głodny. W między czasie Starszak wysypał już klocki na środku pokoju i mówi,że burczy mu w brzuszku. Mąż robi nowe śniadanie (dzięki Bogu,że jest- i mąż i śniadanie), ale Starszak stwierdza,iż myślał,że będzie coś innego. Mam ochotę kupić bilet na najbliższy samolot. Gdziekolwiek on poleci. Za chwilę jednak mięknę, bo młodsze radośnie się do mnie uśmiecha, a starsze mówi MAMO KOCHAM CIĘ. Ok coś udało się zjeść. Kawa trochę wystygła,ale kilka łyków poszło.Cichaczem udało mi się nawet iść do łazienki. Szybkie ogarnięcie, bo Pędraki już stoją za drzwiami. Uf dobrze, że zamknęłam zamek. Rozglądam się po mieszkaniu. Czas posprzątać. Ale od czego zacząć. Mąż w tym czasie jedzie na zakupy. Przy wyjściu rzucam szybko NIE ZAPOMNIJ O PIELUCHACH i w duchu mu trochę zazdroszczę. W tym czasie na jednej nodze robię obiad. Na drugiej wstawiam pranie,prawie nogami zdejmuję z suszarki wczorajsze. O składaniu i prasowaniu na razie nie ma mowy. U nogi uczepiony mały roczny zombi. Starszy zawiesił się na bajkach. Targają mną wyrzuty sumienia, ale go nie odganiam. Tłumaczę sobie,że to bardzo mądre bajki. Coś do mnie mówi, a ja odpowiadam TAK TAK TAK. Choć czasem nie ima się to do pytania, co wnioskuję po zdziwionej minie syna. Obiad wygląda podobnie jak śniadanie;) jak na poligonie. UFF jest chwila dla nas. Siadam z dziećmi na kanapie z planem poczytania im bajek. No tak, ale zapomniałam,że dla roczniaka książki, nadają się tylko do porwania. Ooooo, wykorzystamy rozrzucone klocki. Mówię w myślach do siebie JESTEŚ GENIUSZEM;) Budujemy, ale młodszy robi BAAAAM. Starszy krzyczy MAMOOO, BO ON...! Ogarniam ich i idziemy na spacer. Jest w miarę spokój . Starszy biega,a młodszy siedzi grzecznie w wózku. Mama ma chwilę złapać oddechu i przypomnieć,że sobie,że po świecie chodzą też inni ludzie. Nadchodzi wieczór, kąpiel oczywiście jest, ale z udziałem żółtej piszczącej kaczuszki i jęków starszego,że nie lubi się kąpać. Kolacja-jakoś idzie. Zanim dzieciaki zasną mija jeszcze trochę czasu. Coś się rozleje, coś upadnie, ktoś strzeli focha. A ja na to patrzę i tak sobie myślę CZY ZMIENIŁAM RANO TĄ PIELUCHĘ??????. W końcu zasypiają , oplatają mnie swoimi małymi dziecięcymi rączkami, czuję ich spokojny oddech, cudowny zapach. Upajam się i cieszę oczy tym co widzę. To jest moje i tylko moje. Chwilo trwaj. I choć w nocy spotykamy się zazwyczaj kilka razy, to nie chcę nic zmieniać, nie chcę nic cofać, nie chcę przyspieszać.Chcę się cieszyć nimi jak najdłużej,celebrować wspólne chwile,które są gdzieś pomiędzy tym całym zamieszaniem.Nie tylko jak dzieci śpią. Gdy wspólnie się wygłupiamy,bawimy,śmiejemy, gdy odkładamy wszystko inne na później. Doceniajmy to. Nic cenniejszego nie możemy mieć...

CENNE DOŚWIADCZENIE CZY MOBBING?




O ile dobrze pamiętam, chyba nie wspominałam, że od ponad tygodnia pracuję na oddziale pediatrycznym. Dobrze, że zaszczepiłam się w tym roku przeciwko grypie, bo sezon w pełni, a moi pacjenci kaszlą, kichają i gorączkują i co najgorsze, nie chcą leżeć w łóżkach. Na dwóch takich młodych pacjentów przypada jedna pielęgniarka. Są oni bowiem bardzo roszczeniowi i wymagający (do tego stopnia, że domagają się 24 godzinnej opieki). Z tego względu zmuszona byłam podjąć pracę na 4 i pół etatu. Nie, nie, tu nie ma żadnej pomyłki i ja też w to nie mogłam uwierzyć. Mam dniówki i nocki. Non stop. Wieczorami wpada pomóc jedna osoba, żeby podać pacjentom kolację, pomóc przy kąpieli i poukładać ich do odpowiednich łóżek. Jak twardo zasną jest szansa, że obudzą się na swoich miejscach. Bowiem nie wiedzieć czemu, zawsze leżą pozamieniani. Czasem spotykam ich także na moim fotelu, na którym uda mi się od czasu do czasu złapać turbo drzemkę, bo o zwyczajną przerwę jest tu bardzo trudno.  Ten człowiek z wieczornej zmiany pełni też rolę gońca, dostarczając najczęściej leki z pobliskiej apteki.
Z jednej strony jestem mega zadowolona, bo zdobywam cenne doświadczenie, a moje CV ma szansę stać się drugą epopeją narodową . Z drugiej zastanawiam się, czy to wszystko nie podchodzi pod mobbing. Nie podpisano ze mną żadnej umowy, nie dostaję za to, ani grosza. Mam nienormowany czas pracy. Zakres moich obowiązków nie kończy się na podaniu leków i zmierzeniu temperatury.
Moim najciekawszym zajęciem jest ewidencja i kontrola jakościowa wydzieliny z małych nosków. Ocena wizualna obejmuje opis takich parametrów jak kolor oraz lepkość. Dokonuję też  pomiaru objętości wyciągniętego kataru w ml oraz na bieżąco informuję o wynikach mojego nieobecnego w tym czasie pomocnika. Raporty wysyłam drogą SMS. UFF. Godziny spędzone w laboratorium podczas studiów nie poszły na marne;)
O ile ze starszym pacjentem idzie jako tako - wspaniale działa na niego technika przekupstwa, z młodszym jest już o wiele gorzej. Długa wąska rurka podłączona do odkurzacza traktowana jest przez niego jako niezwykła zabawka. O wiele lepsza niż świecące pieski, grające misie czy samochody na sterowanie. Niekiedy pacjent chce wejść w moje kompetencje i dokonuje oceny organoleptycznej.
I tu mogę się wykazać. Staję się najbardziej pomysłową osobą na moim mini oddziale. Tańczę, śpiewam, szczekam, mruczę, miauczę. Robię wszystko, aby to marudzące, chore dzieciątko pozwoliło sobie ulżyć. Podobnie jest z inhalacjami oraz przyjmowaniem syropów.  Psikanie kropli w postaci aerozolu wymaga przejścia szkolenia : Atakuj znienacka., a podanie antybiotyku w zawiesinie przeczytania poradnika Synku czas na mleczko. Gdy potrząsam buteleczką z białym lekarstwem, mały Cudak już się oblizuje;) To naprawdę działa.
Nie wiadomo dlaczego, przypadły mi  także w udziale konsultacje stomatologiczne. Jednemu choremu wypadają  jedynki, drugiemu rosną czwórki lub trójki. W sumie już nie ogarniam. Wiem tylko tyle, że go boli i, że muszę nałożyć mu żel taką metodą, aby moje palce nie zostały dotkliwie pogryzione. U starszego określam położenie zęba, informując dociekliwego pacjenta czy jego mleczak już sobie zwisa, czy może się chwieje . Zaglądam czy może jednak nie ma go w jedzeniu.  Jeśli chory coś ode mnie potrzebuje ma prawo uruchomić alarm w postaci płaczu lub marudzenia. Moim obowiązkiem jest zjawić się w podskokach z uśmiechniętą buzią w przeciągu minuty, góra dwóch.
Nie mogę zapomnieć o ustaleniu jadłospisu. W tej procedurze, biorą oczywiście udział przebywający na oddziale. Zaznaczam, że nie gwarantuje to pomyślnego zjedzenia przez nich tego co ustalili. A pozmywać i tak trzeba będzie. Co do prac porządkowych, muszę też na bieżąco zbierać i utylizować tony zużytych chusteczek higienicznych, które poukrywane są w bardzo dziwnych  miejscach domowego oddziału (np. szafa, buty, nocnik).
Czasem istnieje też konieczność przewiezienia  chorego swoim osobistym autem do lekarza, który niestety przyjmuje pod innym adresem itp. itd. Chyba to by było z grubsza na tyle. Teraz z czystym sumieniem mogę zaktualizować moje Curriculum Vitae .

Moje mocne strony i umiejętności
  • artystyczna kreatywność
  • anielska cierpliwość
  • indywidualne podejście do pacjenta
  • znakomity refleks
  • perfekcyjna organizacja pracy 
  • zdolność bycia w dwóch miejscach na raz
  • umiejętność długotrwałego niespania
  • znajomość technik perswazji  na poziomie zaawansowanym
I choć może na mojej zawodowej ścieżce, nikt nie potraktuje tego poważnie, to wiem, że kiedy  sezon na choroby się skończy ( myślę, że tak koło maja) dostanę  najlepsze świadectwo pracy.  Będzie to pełen wdzięczności uśmiech moich dzieci i satysfakcja, że dałam radę . Obecnie formą zapłaty są słowa DZIĘKUJĘ MAMUSIU, KOCHAM CIĘ MAMUSIU, JESTEŚ NAJLEPSZĄ MAMĄ NA ŚWIECIE. Natomiast  moment, gdy widzę jak mój młodszy Cudak (w chorobie połączonej z ząbkowaniem), uspokaja się tylko przy mnie, jest prawdziwą premią.
Ostatecznie nie rzucam tej roboty, bo wiem, że nikt nie wykona jej lepiej niż ja. MAMA SWOICH DZIECI.                                   

                                                            Mamolova                                                                                      


                                                                                                     
Jeśli spodobał Wam się wpis, będzie mi miło jeśli go udostępnicie. 
Zapraszam też na mój profil na Facebooku i Instagramie.
Linki do portali znajdziecie w nagłówku. Każda wasza aktywność jest dla mnie siłą do działania.


MIĘDZYNARODOWY DZIEŃ WALKI Z RAKIEM


Nowotwory to główna przyczyna zgonów na świecie. Główny Urząd Statystyczny podaje,że na skutek tych chorób umiera ponad 8 milionów osób rocznie. W samej Polsce 110 000 osób, z czego 90 procent na nowotwory złośliwe. To druga przyczyna zgonów ludzi w naszym kraju. W ramach szerokiej profilaktyki 4 lutego obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Walki z Rakiem. W tym roku przypada 19 raz. Z tej okazji 2 lutego w tzw. "białą sobotę" w krajowych ośrodkach onkologicznych organizowane są dni otwarte. Podczas nich można między innymi wykonać bezpłatne badania bez skierowania oraz poszerzyć swoją wiedzę w zakresie tej podstępnej choroby. Pamiętajmy jednak o tym trudnym temacie każdego dnia. Badajmy się, nie tylko jak nas coś niepokoi. Pamiętajmy o samokontroli i badaniach profilaktycznych. Nie bójmy się tego. Uświadamiamy nasze mamy, babcie, ciocie , od których niejednokrotnie słyszeliśmy LEPIEJ NIE WIEDZIEĆ. Guzik prawda. Im szybciej dojdzie do diagnozy tym większa szansa na wyleczenie. U mojej mamy było niestety za późno, a ona odeszła o wiele za wcześnie...Zróbmy prezent kobietom, które kochamy i zabierzmy je na cytologię. Ja robię sobie sama taki prezent na urodziny. Raz do roku chyba damy radę znaleźć chwilę. Nie zapomnijmy, że nowotwór to choroba, która dotyka także mężczyzn. Rak płuc czy rak prostaty może odebrać nam ukochanego tatę, męża, brata. Tłumaczmy im, że wizyta u specjalisty to żaden wstyd. Róbmy od czasu do czasu morfologię. To naprawdę niewielki wydatek, nawet jeśli lekarz odmówi nam skierowania. My kobiety nauczmy się samokontroli piersi. Oglądajmy znamiona. Rozmawiajmy z lekarzami jeśli nowotwór występował w rodzinie. Nie bagatelizujmy żadnych objawów. Mamy jedno życie. A jeśli w naszym otoczeniu jest osoba chora na raka nie znikajmy, nie opowiadajmy jej o tych, którym się nie udało, nie traktujmy jej diagnozy jako wyroku śmierci, nie obwiniajmy jej za tą chorobę. Nie bójmy się chorego. Nowotwór nie jest zaraźliwy. Nie mów : wiem jak się czujesz. Choć może nie łatwo, wstrzymaj się z rozpaczą. Powiedz szczerze MOŻESZ NA MNIE LICZYĆ. Utrzymuj kontakt, uszanuj to, jeśli chory odpowie tyle, na ile starczy mu sił. Słuchaj. Bądź i znoś lepsze i gorsze dni. A dziś z okazji tego pięknego Święta może poświęćmy chwilkę, aby znaleźć osobę , której możemy pomóc w tej ciężkiej walce o życie.... Ja już wybrałam. www.siepomaga.pl/zycie-a idasia
Pamiętajmy. Dobro wraca...
                                                                                             

                                                  Mamolova

                                                                                        

Jeśli spodobał Wam się wpis, będzie mi miło jeśli go udostępnicie. 
Zapraszam też na mój profil na Facebooku i Instagramie.
Linki do portali znajdziecie w nagłówku.
Każda wasza aktywność jest dla mnie siłą do działania.

FOT.: https://pl.freepik.com/darmowe-wektory/%C5%9Awiatowy-dzie%C5%84-walki-z-rakiem-4-lutego-plakat_1035762.htm