Chcesz być u mnie na bieżąco? Wystarczy, że zostawisz tu swój adres e-mail :-)

POCZĄTKI MACIERZYŃSTWA - HISTORIA ALICJI....




Alicja miała 25 lat. Niedługo po ślubie zaczęła starać się z mężem o dziecko. Na szczęście nie trzeba było długo czekać. Mama była pod opieka znakomitego lekarza, tata dziecka uczestniczył przy każdym badaniu USG. Po pięknej wzruszeń i uniesień ciąży na świat przyszedł mały Antoś. Pierwsze dziecko Alicji. Ciąża przebiegała książkowo, poród odbył się bez większych komplikacji. Oczywiście bolało jak diabli, ale był przy niej mąż Adam, który ją niesamowicie wspierał i oczywiście odważnie przeciął pępowinę. Ala nigdy nie zapomni, kiedy pierwszy raz przytuliła swoje dzieciątko. W szpitalu była fantastyczna opieka. Znakomite położne pomagały przy opiece nad noworodkami. Serce Alicji przepełniło się bezgraniczną miłością. Nie umiała się na Antka złościć, ani gniewać, nawet jeśli długo marudził. Mały bez problemu zaczął ssać pierś. Kiedy Ala karmiła patrzyli sobie w oczy. Maleństwo świetnie się rozwijało, miało dobry apetyt. Mama gotowała tylko z warzyw domowego ogródka zaprzyjaźnionej pani Steni, która sprzedawała na pobliskim bazarku. Antoś nigdy nie ssał smoczka, bliskość matki wystarczała mu w zupełności. Był karmiony piersią, aż do ukończenia pierwszego roku życia. Kiedy chłopiec spał, mama lubiła nucić mu kołysanki i upajać się jego widokiem. Rodzicom nie znane były kolki i bolesne ząbkowanie. Mama szybko nauczyła się, jakie są rodzaje płaczu synka i co oznaczają. W końcu korzystała z rad poradników przeczytanych w ciąży. Można powiedzieć, że rozumieli się bez słów. W nocy maluch budził się raz na karmienie, a po ukończeniu szóstego miesiąca życia przesypiał całą noc. W dzień bawił się sam w łóżeczku lub na kocyku. Ala miała więc, czas na ugotowanie obiadu i posprzątanie mieszkania, a nawet na chwilę dla siebie. Chłopiec bardzo lubił jeździć samochodem, a w wózeczku na spacerze też zawsze był spokojny. Rodzinka mogła więc, pozwolić sobie na na wypady poza miasto. Byli z Antosiem na mazurach, nad morzem, objeździli wszystkie atrakcje w okolicy. Kiedy Alicja chciała wyjść na zakupy, siłownię lub do kosmetyczki mogła liczyć na wsparcie swojej mamy. Mąż Ali  pracował od 7 do 15 , po powrocie też bardzo dużo pomagał przy małym.
Za niecałe dwa lata na świat przyszła Ania. Mała, słodka kruszynka. Ciąża i poród znowu przebiegły doskonale. Dzieci się uwielbiały, starszy brat kochał swoją siostrę nad życie. Ala mogła całymi godzinami zajmować się swoją cudowna parką. Teraz życie Alicji było jeszcze piękniejsze, bo przecież miała już doświadczenie, więc przy Ani było jeszcze łatwiej niż przy Antosiu. Mama szybko wróciła do aktywności fizycznej. Początki macierzyństwa były najpiękniejszym etapem dotychczasowego życia młodej kobiety. Do pracy wróciła kiedy dzieci poszły do przedszkola. Pensja Adama wystarczała im bowiem na bieżące potrzeby, a  szefowa Ali doskonale rozumiała jak ważna jest rola matki w pierwszych latach życia małego człowieka....

Czy znacie Alicję ?????????????

Bo ja nie.......Chyba, że to Alicja z Krainy Czarów......

Za to znam inną mamę...


W pierwszą ciążę zaszła tak jak Alicja, w wieku 25 lat i bez większych problemów. Okres  dziewięciu miesięcy wspomina bardzo dobrze. Pomimo porannych mdłości w pierwszych tygodniach, nie mogła narzekać. Przyszła mama dużo odpoczywała, była spokojna, bo w wolnej chwili przeczytała kilka książek typu W oczekiwaniu na małe cudo, Niemowlak i czyste mieszkanie-ty też możesz osiągnąć niemożliweBądź przede wszystkim mamą, Zes...  się, a nie daj się. Podsunęła też lekturę Jak być perfekcyjnym ojcem przyszłemu tacie, ale jego przygoda skończyła się na spisie treści. Niestety musiał ciężko pracować, żeby starczyło na to, co wymarzyła sobie mama dla swojego aniołka. Poczynając od  pieluch tetrowych w kolorowe małpki, pieski i autka do sterylizatorów, podgrzewaczy i laktatora, nie zapominając o słodkich niebieskich ciuszkach w rozmiarze 50 i 56 , maściach do delikatnej, niemowlęcej pupiny, kremikach, gazikach i grających plastikowych cudach. Na szczęście dużo rzeczy dostała od innej mamy, więc starczyło na najmodniejszy wózek. Łóżeczko rozłożyli już w połowie ciąży. Jego konfiguracja względem ścian pokoju zmieniała się kilka razy. Pokój i tak stał pusty, niech się dziecko przyzwyczaja, a nóż widelec widzi przez powłoki brzuszne. Pomiędzy czasem spędzonym na głaskaniu brzucha mama prała, prasowała i składała ubranka. Raz w kostkę, raz w prostokąt. W końcu stwierdziła, że jednak najlepiej będzie im w półce męża. Nie obchodziło ją, gdzie on pomieści swoje fatałaszki. Teraz najważniejsze jest dziecko, a ona ma syndrom wicia gniazda (czytała o nim w jednym z poradników). Rodzice chodzili pilnie na szkołę rodzenia, słuchali wykładów, robili notatki, ćwiczyli oddechy, mama uczyła się jaka jest najlepsza technika parcia, aby w swoim czasie pozbyć się w majestatyczny sposób swojego pierworodnego. Jak przyszło, co do czego skończyło się na cesarskim cięciu. Mama wiedziała, że ze względu na wykryte w trakcie ciąży zmiany zwyrodnieniowe siatkówki oka, tak może się skończyć jej ciąża, ale chyba wierzyła, że tuż przed operacją dozna cudownego uzdrowienia. Tak, to była operacja. Lekarze rozcięli mamie brzuch i wyciągnęli dziecko. Leżała zdrętwiała od pasa w dół, zacewnikowana, trzęsąca się z zimna ( myślała, że to ze stresu, okazało się jednak, że to działanie podanego znieczulenia ). Mimo tego, że odbyło się to taką drogą, kiedy kątem oka zobaczyła zaledwie pięty swojego wrzeszczące dziecka, po polikach leciały jej łzy. Nie czuła się gorsza. Później przeżyła koszmar, przed dwanaście godzin nie mogła wstać, zszyta rana bolała niemiłosiernie, a w szpitalu na pomoc nie mogła liczyć (ale to już miejsce na zupełnie osobną historię). Zatem pomijając to, co działo się w szpitalu, po trzech dobach nasza Bohaterka (myślę, że mogę pozwolić tu sobie na wielką literę z przodu), została wypisana do domu. Położyła dziecko na łóżku, usiadła obok i płakała. Do tej pory nie wie dlaczego, czy ze szczęścia, czy z bezradności. Przecież nigdy nie obcowała z małym dzieckiem, nie wie jak kąpać, jak pielęgnować. Nic nie wie, a przecież czytała książki. Nie rozumiała, co się dzieje z jej ciałem. Nikt nie mówił, że karmienie na początku boli. Do dziś pamięta słowa męża, który na widok łez mówi ale o co ci chodzi;) do dziś mu to wypomina. Choć doskonale go rozumie. Skąd miał wiedzieć. Dziecko krzyczało, bo nie umiało złapać piersi, trwała trzy tygodniowa walka o pokarm. Młody tatuś był też nieźle przerażony. Gdy przygotowywał mleko modyfikowane, sprawdzał jego temperaturę elektrycznym termometrem, a pod światło obserwował, czy nie daj Boże w mieszance nie ma grudek. Ponadto okazało się, że większość zakupionych ubranek jest za mała. Dzidziuś okazał się być dużym chłopcem, urodził się z masą 3850 g i miał 57 cm. Połóg? Na szkole rodzenia nikt o tym nie mówił. Nie uczono o tym na lekcjach biologii. Jej wiedza na jego temat, ograniczała się do tego, że słyszała kiedyś takie słowo. Nie mówili też o tym, że można żyć bez snu. Tak, brak snu doskwierał najbardziej. To był szok. Przez półtora roku mama nie spała dłużej, niż dwie godziny ciągiem. Pomimo tego, że dała dziecku smoczka, śpiewała, tuliła, błagała. Nic z tego. Przy okazji odkryła, dlaczego w niemowlęcych łożeczkach są szczebelki. Kiedy już nie mogła się obudzić podtrzymywała się o nie, aby jakoś utrzymać się w pozycji pionowej. Mama czasem buczy pod nosem czemu się drzesz, a za chwilę ma wyrzuty sumienia. Mąż jej pomagał jak mógł, ale właśnie podjął nową pracę i to poza miastem, więc mało bywał w domu. Brak snu, permanentny brak snu, noc mieszała się z dniem, dzień mieszał się z nocą. Rodzice myśleli, że przyczyna tkwi w szynie założonej na nóżki dziecka z powodu dysplazji stawów biodrowych. Niestety po całkowitym zdjęciu tego ustrojstwa dziecko nadal się budziło. Mama i tata zrzucili na ząbkowanie. Obarczone gorączką, biegunką i długimi, nocnymi wędrówkami po całym mieszkaniu. Dodatkowo w ciągu dnia, pomiędzy turbodrzemkami malucha, mama wyciągała książki i próbowała wbić sobie coś do głowy, ponieważ  czekał ją ważny egzamin. Dobrze, że nie miała w pobliżu młotka, bo mogłoby się to wszystko źle skończyć. W pierwszych tygodniach po porodzie młoda kobieta przyznaje się, że nie czuje miłości. Wykonywała mechanicznie wszystkie czynności przy synku, ale niestety nic nie czuła. A przecież będąc w ciąży niesamowicie je kochała. Czy tak będzie już zawsze? Na szczęście to uczucie szybko minęło i przerodziło się w niesamowitą więź, która trwa do dziś, choć jej synek skończył już sześć lat. Mama wiedziała, ile kupek dziennie zrobiło jej dzieciątko, którego dnia wyrósł mu nowy ząbek, zapisywała co jadło i ile spało. Mogła to nawet powiedzieć wierszem. Prowadziła album, w którym notowała wszystkie ważne wydarzenia z życia dziecka. Nie mogła się doczekać, kiedy dziecko siądzie, kiedy zacznie raczkować, chodzić, ponoć wtedy będzie lżej. Słuchała rad z pozoru doświadczonych mam, które jednak nie wiedziały, że składniki odżywcze pokarmu matki pochodzą z krwi, a nie z żołądka. Jeszcze nie wiedziała, że nikt nie jest idealny. Szkoda, bo bardzo dużo straciła. Niepotrzebny był ten cały stres. Powoli jednak wszystko nabrało barw, mama wrzuciła na luz, dziecko rozwijało się dobrze, a mama pokochała je niekończąca się miłością. Mama karmiła do dziesiątego miesiąca życia. Była spełniona i pewna, że to wystarczy, dziecko bardzo ładnie odzwyczaiło się od piersi i przestawiło na mleko w postaci zupek mlecznych oraz kaszek podawanych z miseczki. Mama gotowała, ale od czasu czasu wspierała się gotowymi daniami. Żywienie dziecka było dla niej czymś ważnym, ale nie było świętością. Pomimo, jak się okazuje, zwyczajnych trudów macierzyństwa i wiecznego chaosu, mama wspomina ten okres dobrze i wyjątkowo. Pamięta zapach pierwszego kremu do buźki, pamięta spacery, wspólne podróże (pomimo tego, że synek nie nienawidził jeździł autem i strasznie w nim płakał). Karmienie piersią było dla niej niesamowitym doświadczeniem. A kiedy chłopiec miał 4 latka, chodził  już do przedszkola, a w domu zaczął panować ład i porządek...rodzice postanowili postarać się o drugie dziecko...

                                                                                                                                                cdn.....

                                                    Mamolova



Jeśli spodobał Wam się wpis, będzie mi miło, jeśli go udostępnicie. 
Zapraszam też na mój profil na Facebooku i Instagramie. 
Linki do portali znajdziecie w nagłówku.
Każda wasza aktywność jest dla mnie siłą do działania.

11 komentarzy:

  1. Wpis bardzo fajny! Przyjemnie i miło się go czytało :) Trochę jestem przerażona jak to wszystko wygląda dlatego cieszę się,że takie kroki jeszcze daleko przede mną 🤗

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jest aż tak źle. To taka lekka karykatura sytuacji 😀najważniejsze to się za bardzo nie nakręcać. Z drugim było już trochę inaczej ...póki życie nie przyniosło nieprzewidzianej sytuacji....😀Pozdrawiam.

      Usuń
  2. Super wpis. Ja już mam dawno za sobą początki macierzyństwa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na swój sposób są one cudowne, wyjątkowe. To, co złe szybko się zapomina 😀

      Usuń
  3. Ja jeszcze nie mam dzieci, ale mimo tego, co moze dziac sie w tej drugiej wersji, chce miec kiedys dziecko:). Ale jest to prawdziwe, niektorym udaje sie miec tak jak w opisie pierwszym - latwiej, dziecko spokojnie spi itd., ale tez duzo kobiet spotyka sie z ciezkimi dniami, ktore opisalas w akapicie drugim.
    I tak slowo "Bohaterka" zdecydowanie powinno byc z duzej i kazda kobieta ktora urodzila dziecko zasluguje na to slowo!

    Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
  4. To na pewno cudowny czas z życiu kobiety. Czasem jest tak że kobieta nie może tego przeżyć z pewnych przyczyn i jest to smutne że nie mają możliwości zobaczenka jak rodzi się nowe życie. Pozdrawiam serdecznie ☺

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie, niestety oprócz tego, że urodziny dziecko, życie biegnie swoim torem i niesie różne niespodzianki. Życzę każdej mamie, aby ten piękny czas był jednym z najlepszych okresów jej życia 😀

      Usuń
  5. Świetnie opowiedziane, prawdziwe, bez koloryzowania, szczerze i na luzie, czyli bez przesady, bez wpajania tylko jednego złotego środka bo takiego nie ma. Przyda mi się na przyszłość ta historia, dziękuję za podzielenie się nią ❤️

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Super. Bardzo dziękuję za miłe słowa 😘pozdrawiam 😘😘😘

      Usuń
  6. Super historia. Świetny blog. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję 😘 Każdy komentarz jest dla mnie niezwykłą motywacją 😉