Chcesz być u mnie na bieżąco? Wystarczy, że zostawisz tu swój adres e-mail :-)

MAMA WRACA DO GRY



Urlop macierzyński to czas pełen nowych obowiązków, związanych z opieką nad nowym członkiem rodziny. Na takim urlopie nie odpoczywamy. Pracujemy dwadzieścia cztery godziny na dobę. Karmimy, zmieniamy pieluchy, pierzemy, prasujemy z naszym małym, ale wymagającym szefem, który w tym samym czasie wisi nam na biodrze. Jednym słowem nie jest lekko.

Z drugiej strony to cudowny, niezapomniany okres, który spędzamy razem z maleństwem. Nieodwracalny, piękny, obfitujący w masę radości, dziecięcych uśmiechów, fantastycznych wspomnień. Niestety, co dobre szybko się kończy. Miesiące biegną nieubłaganie i następuje czas, kiedy musimy zacząć myśleć o powrocie do pracy. Sama jestem na takim etapie. Moje wolne kończy się za........... 3 dni. Jednak już od kilku miesięcy, wiele dni i nocy spędziłam na rozmyślaniu, co dalej. Jak pogodzić pracę zawodową z byciem mamą, teraz już podwójną ? Co będzie najlepsze dla mojego maleństwa? Co powie szef, jeśli będę chciała podjąć pracę tylko na część etatu? Kto zajmie się dziećmi kiedy zachorują? Czy jeśli podejmę urlop wychowawczy, będę miała dokąd wrócić? Takich pytań i dylematów jest wiele i zapewne towarzyszą większości młodych mam. Każda sytuacja jest jednak zupełnie inna...


Sześć i pół roku temu zupełnie przypadkowo znalazłam pracę w wymarzonym zawodzie.Nie wiele się zastanawiając zrezygnowałam z urlopu macierzyńskiego i podjęłam zatrudnienie. Mój synek miał wtedy dziesięć miesięcy. Nie żałuję swojej decyzji, ale pierwszy rok pracy wspominam bardzo ciężko. Osiem godzin dziennie od godziny 10.00 do 18.00 i dwie soboty w miesiącu, wyłączyły mnie z bycia mamą, w takim wymiarze w jakim bym chciała. Na szczęście potem było nieco lżej.


Tym razem chciałabym być z dzieckiem jak najdłużej. Po zakończeniu zaległego urlopu wypoczynkowego zdecydowałam się na urlop wychowawczy. Nie ukrywam jednak, że wielokrotnie biję się z myślami. Z jednej strony wiem, że minionego czasu nie odda mi nikt, z drugiej chciałabym się rozwijać i  wesprzeć finansowo swoją rodzinę. 


A co by było, gdyby spróbować to razem połączyć i dołożyć jeszcze do tego swoją ukochaną pasję? A co by było, gdyby czerpać korzyść finansową, a jednocześnie przyjemność i satysfakcję z tego, co robię? A co by było, gdybym otworzyła własną działalność? Co jest lepsze, praca na etat czy własny wymarzony interes? Odpowiedź jest jedna: najlepsze jest to, co czujemy w środku...Robienie czegoś na przymus na pewno nas nie uszczęśliwi...


Dowodem na to mogą być 3 fantastyczne kobiety, które macie okazję spotkać podczas cyklu  MAMA WRACA DO GRY, organizowanego przez Kamilę Frąckiewicz. Każda z tych kobiet jest mamą i każda zmieniła swoją karierę podczas urlopu macierzyńskiego.


Harmonogram spotkań:


09.04 - spotkanie z Magdaleną Karasińską- Nowak, instruktorką fitness, trenerem personalnym oraz właścicielką HomeFit Studio, gdzie pracuje z mamami i dziećmi 

16.04 - spotkanie z Magdą Kinal, wirtualną asystentką, która wspiera firmy w ich bieżących działaniach- Asystentka w sieci Prywatnie szczęśliwa żona i mam dwuletniego Olka 

23.04 - spotkanie z Agnieszką Wypiór- Kapałą, mistrzynią sprzedaży w branży nieruchomości, która rozbudowuje dom do wynajęcia Leśniczówka na górce 

Spędźcie z nimi godzinę i posłuchajcie ich inspirujących historii !!!

Można przyjść z pociechami- spotykamy się w miejscu przyjaznym dla rodziców i dzieci-Rodzinkowo 

Ilość miejsc ograniczona!

Cena: 25 zł 

Zapisy : info@kobieceeventy lub sms 730 322 651

Szczegółyhttps://www.facebook.com/events/1249226921885058/


Jeśli jesteś wrocławianką, planujesz powrót do pracy lub szukasz swojej drogi zawodowej nie może Cię zabraknąć!!!


P.S. Doszły mnie słuchy, że na każdą uczestniczkę czekają również zniżki od Partnerów wydarzenia Kochane mamusie, nie mamy nic do stracenia.....WRACAMY DO GRY.

                                                     Mamolova

Jeśli spodobał Wam się wpis, będzie mi miło, jeśli go udostępnicie. 
Zapraszam też na mój profil na Facebooku i Instagramie.
Linki do portali znajdziecie w nagłówku. Każda wasza aktywność jest dla mnie siłą do działania.         

   





WIOSNA, ACH TO TY....

                                             

20 marca 2019 - Pierwszy dzień astronomicznej wiosny.

Podczas dzisiejszego spaceru z Cudakami poczułam jej delikatny powiew i wyjątkowy zapach. Albo mi się tylko zdawało.
Pomimo tego, iż mój starszak stwierdził, że Pani Wiosna ciągle walczy z Panią Zimą, a mi bez czapki  przeraźliwie zmarzła głowa, to nie zmienimy faktu, że wiosna jest już wśród nas. 
Nieśmiało, powoli, ale przyszła, aby za kilka tygodni z impetem pokazać na co ją stać. Serdecznie życzę tego jej i sobie.

Rozochocona  siedemnastostopniową niedzielą postanowiłam dziś wyciągnąć z szafki moją ulubioną wiosenną sukienkę... Założę ją, mój chłopak zaprosi mnie na randkę. Przyjedzie po mnie swoją furą , włączymy głośną muzykę, uchylimy szybę, poczuję wiatr we włosach...

UPSSSS.....................................................................................................................................................

Tak, wiem. Spacer z Cudakami. Cudaki to moje dzieci. Mam dwoje dzieci i męża. Dzieci i męża. Przywołuję się do porządku... Na czym ja skończyłam??? Już wiem. Na sukience.
Przymierzam i nie wiem co się stało, coś ciasno, chyba się skurczyła. Podobnie jak moje, wyciągnięte z tyłu szafki cygaretki i aladynki. Wszystko, co do joty skurczyło się o jeden rozmiar. Nie wiem jak to mogło się stać. Przecież chodzę na siłownię....tzn chodziłam... tzn byłam kilka razy...tzn chodzę... no przecież chodzę.... no chodzę opłacić ten cholerny karnet. No, ale zumby raz w tygodniu nie odpuszczam. Jak bum cyk cyk. Daję słowo. Pan Mąż świadkiem.

W tych wygrzebanych  z dna szafki ciuchach czuję się jak niedźwiedzica. Ogromna, owłosiona niedźwiedzica (czytaj: muszę schudnąć i ogolić nogi).

A tak właściwie...czy niedźwiedzie nie zapadają w sen zimowy, tudzież się nie hibernują? Jak zwą tak zwą. To byłoby dla mnie świetne rozwiązanie. I dla Pana Męża. Nie musiałby wydawać pieniędzy na kawę dla swojej ciągle śpiącej żony... i na nowe wiosenne ubrania w odpowiednim rozmiarze.

Próbując wyjaśnić sprawę zbyt ciasnych fatałaszków, wyciągam spod komody wagę. Zdmuchuję z niej warstwę kurzu, po czym na nią wchodzę. Niemożliwe. To jest niemożliwe. Z wagą jak z samochodem. Nieużywana szybko się psuje. Pan Mąż musi kupić nową. Być może to wina baterii. W końcu były w wadze kilka dobrych miesięcy. Przecież to na pewno nie przez frytki i czekoladę, które chłonęłam zimowymi wieczorami, a czasem nocami, kiedy małe Cudaki usnęły. Chciałam zmniejszyć prawdopodobieństwo usłyszenia wyrażeń mogę trochę??? albo da da da!!!.  To logiczne, że nie mogę uczyć moich dzieci podjadania. Prawdziwa matka jest zdolna do najgorszych poświęceń, a ja taką jestem.

No nic... przyszła wiosna... do lata jeszcze kilka miesięcy. Jak dobrze się postaram to w kostium kąpielowy się wcisnę. Z utęsknieniem czekam, aż pierwsze promienie słońca wpadną przez moje okno. To znaczy będą chciały wpaść. Mam nadzieję, że się zapowiedzą, żebym mogła pogonić z nich tę warstwę, tę zimową warstwę, no wiecie taką szarą warstwę... no dobra nie myłam okien całą zimę. Eureka!!!  Może to dlatego jest tak ponuro i smutno.

Po doprowadzeniu moich okien do  idealnego  prawie idealnego stanu, będę czekać na pierwsze muśnięcie wiosennego słońca. Wreszcie będzie power, moc i energia...

...szczególnie wtedy, gdy światło skupi się na moich kuchennych szafkach i blatach, o które w zimę przecież dbałam, przecierałam, sprzątałam. Hmm. Może wraz z nadejściem wiosny poprawił mi się wzrok. Ale czy to możliwe, że tak jest co roku?

Zaraz, zaraz, tym razem będzie inaczej. Przecież właśnie mam remont. Jeszcze nie wiem czy moje zdrowie psychiczne pozwoli mi dotrwać do lata, ale wiem jedno: mycie okien na razie odpada i mebli kuchennych też:) Meblom mówię Adios, a  Pani Wiośnie Hello (warto jednak jest uczyć się  języków obcych,  nie wiadomo, co kiedy przyda się w życiu).

Witaj wiosno 2019, witaj kochana...


Niedługo przywitam Cię praniem wywieszonym na balkonie. Uwielbiam zapach moich ubrań, które wysuszył wiosenny wiatr. Nie ważne, że są za małe. Zima choć łagodna jest tak okrutna, że nie pozwala mi na takie szaleństwa. Ciuchy mojej rodziny muszą się ściskać i schną wszędzie. W kuchni, w pokoju moim i Pana Męża, w pokoju dzieci oraz w łazience. Pewnie suszyłyby się i w przedpokoju, ale jest za wąski. Oooooo. No tak. Już wiadomo czemu się skurczyły. Było im za ciasno, musiały się kulić. Ok, wszystko jest ok. Frytki i czekolada zostały uniewinnione.

Wiosna, kocham wiosnę, kwitnące kwiaty, pełno zieleni.... nie mogę się doczekać...nie mogę...nie mogę... nie mogę się doczekać ... wizyty u  mojej pani alergolog. Niestety mam uczulenie na topolę, wierzbę, brzozę i parę innych. Kicham, mam czerwony oczy, ale bardzo kocham, nadal kocham wiosnę, kocham booo..... po niej przychodzi moje upragnione lato.

Podekscytowana tym, że na kalendarzu widnieje data 20 marca schowam zimowe czapki, kurtki i kozaki. Wyniosę je do piwnicy podśpiewując: Wiosna, wiosna, wiosna ach to ty.... Gdybym nie była matką wkopałabym pudło z zimową zawartością z półobrotu jak Chuck Norris, ale zrobię to jak Bóg przykazał. Ze względu, że piwnica ma gdzieś sześć metrów kwadratowych powierzchni, wyciągam całą jej zawartość, wkładam pudło, a potem z powrotem wkładam to, co wyjęłam.

Wreszcie założymy wiosenne kurtki i jak ludzie wyjdziemy z domu. Nigdzie się nie spóźnimy, bo nie będziemy w ostatniej chwili szukać swoich rękawic, które zazwyczaj są zdekompletowane.

Oglądam prognozę pogody. Zagapiłam się na przystojnego pana prezentera. Nagle słyszę, że jutro ma być dwanaście stopni. Pojutrze cieplej, potem piękny weekend, potem znów zimno, za tydzień cztery stopnie na plusie. Ach, nie mogą się zdecydować. Jedynym pozytywem jest ten plus (zawsze lepszy niż minus).

A jak niespodziewanie spadnie śnieg??? Dobrze pamiętam, że kilka lat temu padał w maju. A do maja jeszcze daleko. Sanki już dawno na strychu u teściowej, a na przedpokoju stoi rower i hulajnoga. Chyba się zagalopowałam. Choć konia nie posiadam.

Wstaje z kanapy i wracam po pudło. Co mnie pokusiło, żeby wepchać go na sam koniec? Po kilkunastu minutach szarpaniny mam. Aż zrobiło mi się gorąco. Oooo, może jest jednak dwadzieścia siedem?

A teraz całkiem poważnie. Witaj wiosno. Cieszę się, że jesteś. Jesień i zima to dla mnie prawdziwa szkoła przetrwania. I choć wszyscy straszą już przesileniem wiosennym, to ja się nie boję. Wiosną też można wypić trzy kawy na dzień. Nie mogę się doczekać, aż zamknę za sobą drzwi mieszkania, zapomnę o tym co mam w nim do zrobienia i pójdę na długi spacer z dziećmi, bo dzień nie będzie kończył się o 16.00. Popatrzę jak moje dzieci zbierają kwiaty, grają w piłkę i jeżdżą na rowerze. Jak bawią się w drewnianym domku zbudowanym przez Pana Męża na podwórku u teściów (przy okazji Pan Mąż obrośnie w piórka, bo znów pochwalę jego pracę). Przygotuję z dziećmi zupę z trawy i lody z piasku, a później zjemy pierwszą kiełbaskę z grilla. Już taką prawdziwą. W myślach organizuje już rowerowy wypad za miasto. Nie mogę się doczekać wspólnych, rodzinnych wycieczek, kiedy jesteśmy wszyscy razem. To coś, co kochamy. Nareszcie zacznę żyć...

 Witaj wiosno. Rozkwitaj. Jesteś mi potrzebna...

                                                                                                                                         Mamolova



Jeśli spodobał Wam się wpis, będzie mi miło, jeśli go udostępnicie. 
Zapraszam też na mój profil na Facebooku i Instagramie.
Linki do portali znajdziecie w nagłówku.
Każda wasza aktywność jest dla mnie siłą do działania. 






POCZĄTKI MACIERZYŃSTWA-HISTORIA ALICJI cz.2


 CZĘŚĆ PIERWSZA TUTAJ ;););)

Starając się o drugie dziecko, rodzice napotkali się na pewne trudności. Kiedy już się udało, mama czuła się fatalnie. Mdłości, nie tylko poranne, ale niekiedy całodniowe, towarzyszyły jej do dwudziestego tygodnia ciąży. Do tego silna anemia, niepokojące bóle brzucha, żylaki, zasłabnięcia, a na koniec ciężka infekcja bakteryjna zabrały cały epos tego wspaniałego okresu. Do tego dochodziło zmęczenie psychiczne i ciągły niepokój o maleństwo. Długo by tu opowiadać...

Jakby nie było, mama już nie czyta książek wspomnianych w części nr 1. Nawet na nie nie patrzy, po pierwsze na nic się nie przydały, po drugie przecież wszystko wie. Podobnie ze szkołą rodzenia. Tym razem wszelką wiedzę zamierza czerpać z własnego doświadczenia. Kobieta umie zorganizować wyprawkę dla siebie i maleństwa. Tym razem szykuje wszystko pod koniec ciąży, kupuje tylko niezbędne rzeczy. Wie, że po porodzie też można wyjść z domu i żadne trzęsienie ziemi nie zmiecie sklepów z powierzchni globu. Ponadto ma dużo rzeczy po starszaku.

Mama postanawia, że będzie karmić do roku, albo nawet dłużej. Tym razem odda się całkowicie  macierzyństwu. Może pozwolić sobie na dłuższy urlop, nie ma egzaminów i żadnych zobowiązań.  Pierworodny pójdzie do przedszkola, a o ona może cieszyć się spacerami, pierwszymi uśmiechami i sukcesami drugiej latorośli. Będą razem odpoczywać i wpatrywać się w sobie w oczy, bo teraz mama nie ma większych spraw na głowie. Naiwna, oj naiwna.
Niestety zapomniała o tym...,że życie lubi nieść różne niespodzianki....Ale o tym za chwilę.

Drugie cięcie cesarskie ją nie przerażało, wiedziała co ją czeka. Tak na prawdę wszystko było w rękach lekarza. Dziecko urodziło się całe i zdrowe. I co ciekawe ważyło 3850 g i mierzyło 57 cm ( dokładnie tyle, co pierwszy synek). Tym razem mama mogła przytulić się policzkiem do swojego malucha i dać mu powitalnego buziaka. To było coś magicznego, czego zabrakło cztery lata temu. Opieka poporodowa była fantastyczna. Położne to anioły nie ludzie. Mama zastanawia się, czy to ten sam szpital, w którym na świat przyszło jej pierwsze dziecko??? Czy coś może zmienił fakt, że jej doktor prowadzący był kierownikiem tego oddziału;););) Nieważne, nie było na co narzekać. Dziecię od razu chwyciło pierś i ssało jakby robiło to od zawsze. Kochała od pierwszego wejrzenia. Początki karmienia przeżyła zaciskając zęby, bowiem wiedziała, że to co trudne to tylko okres przejściowy. Po powrocie do domu radziła sobie z bólem i obowiązkami przy noworodku. Idąc za ciosem, kupiła album dziecka i ambitnie podeszła do planu opisywania jego niemowlęcych osiągnięć. Jednak tym razem wybrała publikację z mniejszą ilością miejsca do zapisania ;) Oszukiwała samą siebie,że zrobiła to przez roztrzepanie i z powodu nieuwagi. Tym razem jednak nie analizowała  kupek, zupek, kolejności wyrzynających się zębów. Informacje zapisane w albumie były uogólnione. Czas pędził zbyt szybko. Chciała, żeby się zatrzymał. Wcale nie czekała, aby dziecko zaczęło siadać, raczkować i chodzić. Zdawała sobie sprawę, że dzień, który minął już się nie powtórzy. Wdychała zapach noworodka, tuliła, pieściła, łapała chwilę. Dziecko wyczuwało bliskość i nastrój matki, nie miało kolki, było grzeczne i spokojne. Ona nie panikowała....  Jednak zapomniała..... O jednym zapomniała.....,że los bywa nieprzewidywalny.

Jak na złość starszak zaczął znosić z przedszkola różne choroby. Pierwszy rok nie chorował, teraz nie choruje, ale akurat wtedy, gdy wszystko miało siać się idealne, łapał najgorsze paskudztwa.  Rotawirus, zapalenie płuc, okrutna grypa, ospa. To te najgorsze. To ciągnęło się bez przerwy, od połowy grudnia do połowy czerwca. Non stop. Oprócz wstawania do karmienia, mama wstawała, aby zmienić pościel, aby podać syrop, zmierzyć gorączkę, przytulić dziecko, które teraz bardzo chciało się cieszyć swoim nowo narodzonym bratem, a nie leżeć chore w łóżku. Kobieta robiła się coraz bardziej wyczerpana, ale tłumaczyła sobie, że każda choroba kiedyś się skończy, wszystko co złe w końcu kiedyś mija. Niestety to była cisza przed burzą. Cała uwaga skupiła się na starszym dziecku. Kiedy malutki spał, ona szybko biegła do drugiego pokoju pobyć z czterolatkiem. I tak wkoło, wkoło, wkoło. Oczywiście, chcąc nie chcąc maleństwo, co chwila też coś łapało. W gratisie nasza Bohaterka dostała od losu odciąganie kataru z małego noska oraz inhalacje. A wykonanie tych czynności u wierzgającego się niemowlaka wcale nie jest takie proste jak to się może wydawać. Rosła frustracja. Zamiast  upragnionych spacerów i patrzenia sobie w oczy mama była zamknięta w czterech ścianach w domowym szpitalu, a jej największym marzeniem było schowanie do szafy odkurzacza, do którego na stałe już podłączony był aspirator. Ospa  u małego, to była prawdziwa szkoła przetrwania, zakończona ostrym zapaleniem oskrzeli.

Przebywając w takim środowisku, będąc kobietą  po porodzie, o osłabionej odporności cudem by było, gdyby nie dopadło i jej. Zaczęło się od wysokiej gorączki, okropnych bóli mięśniowych i totalnego braku sił, to było nie do opisania. Mama od początku wiedziała, że coś jest nie tak. Jednak na wizytach lekarskich z racji tego, że karmiła dostawała syrop malinowy i paracetamol na zbicie temperatury. I do widzenia. Nikt nie będzie ryzykował. Doktor mówił, że to grypa, na którą tak na prawdę nie ma lekarstwa. Trzeba dużo odpoczywać i leżeć w łóżku. Pytam jak, no jak, jak to zrobić przy dwójce dzieci, które też nie są zdrowe. Po zjedzeniu 50 tabletek zleconego leku po którym gorączka praktycznie nie spadała i zauważeniu zielonych kup u dziecka mama w asyście Pana Męża wróciła z powrotem do lekarza. Sama nie miała na to sił. Gorączkowała już 18 dni. Ostatecznie wylądowała w szpitalu z podejrzeniem zatoru płucnego lub gruźlicy. RTG płuc wykazał bowiem niespecyficzne, niepokojące zmiany. Ostatecznie stwierdzono, że to masywne zapalenie płuc. Pierwszy antybiotyk nie działa, drugiego zabrakło w szpitalu, na trzeci matka reaguje biegunką i uczuleniem. Lekarz prowadzący nie do końca wie co robić. A zmiany zapalne się rozprzestrzeniają , kobieta ma problem z oddychaniem. Doktor stwierdza ostrą niewydolność oddechową. W końcu kombinacja dwóch połączonych lekarstw sprawia, że temperatura spada. Czwartego dnia od podania. Jednak to wszystko nie było najgorsze...


W szpitalu nie była sama.... Były z nią dwa baniaki pełne mleka, które zaraz zamieniły się w przeraźliwe zapalenie. Pomiędzy kroplówkami pacjentka ściągała pokarm. Była przerażona. Tęskniła za trzymiesięcznym maleństwem, tak bardzo tęskniła. I tak bardzo się bała. Ze względu na przyjmowane leki oraz całkowite wycieńczenie organizmu, nie mogła już wrócić do karmienia.Wylewała pokarm podczas, gdy obok niej dziecko dostawało butelkę z mm, po którym dostało mega uczulenia. Gdy słyszała jego płacz, pokarm znowu nabierał, nabierał i nabierał. Ta historia jest bardzo  długaaaa i przedstawiona w wieeeelkim skrócie.....i to nie jest niestety jej koniec.... później było o wiele gorzej.... ale ona nie chce do tego wracać. Może kiedyś, gdy będzie gotowa. Niestety ta choroba i to co było potem, na kilka miesięcy wyłączyło ją z takiego macierzyństwa jakie sobie wyobraziła. To był dla niej bardzo ciężki czas. Dopiero teraz, po roku wraca wszystko do normy, ale jest gdzieś żal i brak tej niesamowitej bliskości, którą stworzyła z pierwszym dzieckiem. Wszystko byłoby idealne, gdyby w pierwszej ciąży miała taką świadomość jak w drugiej, a w drugiej jakby sytuacja po porodzie była choćby jak w pierwszej. Teraz nadrabia stracony czas i jest świetnie choć mały Cudak ma w sercu głownie tatę. To on karmił, on wstawał w nocy, on był na tamten trudny czas matką. Mama jest o ich bliskość bardzo zazdrosna, uważa, że to ona powinna być numerem jeden.  A sam zainteresowany  rozwija się świetnie, przesypia noce, ma dobry apetyt, ząbkowanie przeszedł bezboleśnie, jest radosny, mądry i szczęśliwy. Mam nadzieję, że kiedyś zbudujemy świetną relację. Jesteśmy na dobrej drodze...


 P.S. Podziwiam mamy, które walczą o zdrowie i życie swoich dzieci i kursują pomiędzy domem, a szpitalem, niekiedy setki kilometrów albo czuwają nad nimi na oddziale. Co by nie było. Wielki szacunek dla mam wcześniaków i kobiet w ciążach mmnogich. Chapeau bas dla matek samotnych. Czasem zakręty życia, zmęczenie, niespodziewane komplikacje lub kłopoty przysłaniają nam chwile, które powinny być najpiękniejsze. Za wiele więc nie planujmy,  po prostu głęboko wierzmy, że będzie dobrze...



Mamolova



                                     
 Jeśli spodobał Wam się wpis, będzie mi miło, jeśli go udostępnicie. 
Zapraszam też na mój profil na Facebooku i Instagramie.
Linki do portali znajdziecie w nagłówku.
Każda wasza aktywność jest dla mnie siłą do działania.                                                                                                                   



TEŚCIOWA TEŻ CZŁOWIEK




Synowa i teściowa-dwie kobiety, które kochają jednego mężczyznę. 
Czy ta relacja ma prawo bytu?
Jak zachować równowagę w tym zwariowanym trójkącie? 
By to zrozumieć postanowiłam, przesunąć wskazówki zegara o jakieś 25 lat do przodu...




Jestem mamą dwóch dorosłych synów. Pomimo tego, że starszy założył już swoją rodzinę, a młodszy się do tego przymierza, dla mnie przede wszystkim są moimi dziećmi. Pamiętam czas, kiedy wskakiwali na moje kolana i mówili, że chcą się mocno przytulić. Kiedy najlepszym lekarstwem na wszystkie bolączki było pogłaskanie i ucałowanie chorego miejsca. Gdy małe, bose stópki przemierzały przedpokój, aby potem wskoczyć do naszego łóżka i wtrynić się pomiędzy mnie, a Pana Męża. Przypominam sobie jak robiłam wszystko, aby moje dzieci były szczęśliwe. Najważniejsze decyzje podejmowałam głównie z myślą o nich. Zanim poszłam do pracy nie przespałam wiele nocy analizując, co będzie lepsze dla mojego synka. Mój obiad i moje ciasta były najsmaczniejsze na świecie. Dla moich Cudaków byłam najpiękniejsza, nawet bez makijażu i w poplamionym dresie.To ja, z ich małym udziałem decydowałam w co się ubiorą, jak umeblujemy im pokój. Oni zawsze mówili jak ty wolisz mamo. Z łezką w oku wspominam, jak starszy syn, mając pięć lat złościł się na samo wspomnienie o tym, że kiedyś znajdzie miłość swojego życia. I odpowiada ja już ją mam, kocham Ciebie i tylko Ciebie , będę z Tobą mieszkał do końca życia. Wtedy już wiem, że tak nie będzie, ale na tamten moment jestem szczęśliwa i nie mam podstaw, żeby mu nie wierzyć, przecież nikt nie odpowie szczerzej niż dziecko.

Sięgam też pamięcią do chwil, gdy byłam bardzo zmęczona, gdy nie miałam siły czytać już kolejnej strony bajki, gdy zwyczajnie nie chciało mi się usiąść na dywanie i bawić Twoimi klockami. Tak bardzo brakuję mi tych momentów. Teraz oddałabym za nie wszystko.


Znam tekst pierwszego wierszyka z przedszkolnego przedstawienia, wspominam czas, kiedy byliśmy tylko razem.  Do dziś wiem, jaki był tytuł pierwszego filmu na jaki cię zabrałam do kina, przed oczami mam Twoją uśmiechniętą buzię i czuję dotyk Twego uścisku dłoni (tylko dzięki mnie, byłeś w stanie pokonać swój strach). Pamiętam synku jak robiłeś mi zabawkowe śniadanka. Nigdy się nie najadałam (teraz mogę Ci to powiedzieć), pamiętam smak Twojej herbatki na niby. Jej dziecięcy smak. Otwieram album ze zdjęciami. Na jednym z nich Twoje małe rączki oplatają moją szyję, na innym wspólnie spędzamy Wigilię.  Przypomina mi się tekst Twojej ulubionej kołysanki. 


Reagowałam cierpliwie na każde: mamusiu nie umiem, mamusiu nie mogę, mamusiu pomożesz.

Patrzyłam jak idziesz do szkoły, jak dorastasz. Wspierałam Cię, we wszystkim jak tylko umiałam, choć pewnie Tobie się teraz wydaje, że nic wyjątkowego dla Ciebie nie zrobiłam. 

Nagle nadszedł dzień, kiedy w nocy do mnie nie przyszedłeś, kiedy mówisz ,że nie potrzebujesz mojej pomocy, kiedy jesteś samodzielny, kiedy zarabiasz swoje pieniądze i sam decydujesz co z nimi zrobić, kiedy przyprowadzasz do domu Ją.......młodszą, ładniejszą.


Patrzę synku na błysk w Twoim oku. Z jednej strony jestem szczęśliwa, bo ty jesteś szczęśliwy.  Z drugiej, bardzo się boję, aby Cię nikt nie zranił, abyś nie cierpiał, abyś się nie zawiódł. Na siłę doszukuje się w Niej wad. Tworze dystans. Już nie jestem najpiękniejsza, najlepsza, nie gotuję najlepiej. Mówisz, że Jej mama upiekła przepyszny sernik. Przecież nigdy nie lubiłeś sernika? Święta w tym roku spędzicie u Niej, bo Ona ma takie życzenie. Cieszę się, że wychowałam Cię na człowieka, który jest wrażliwy i zrobi dla ukochanej wszystko, ale jednocześnie cierpię, bo czuje się niepotrzebna, czuję jakby najlepsze co mnie mogło spotkać bezpowrotnie minęło. Choć dobrze wiem, że taka kolej rzeczy. Poświęciłam temu tak wiele, a teraz tak rzadko Cie widuję. Zbyt bardzo biorę do siebie, Jej odmienne zdanie, odbieram to jako atak i też atakuję. Nie mogę jednak przesadzić, by Cię nie stracić.


Zawsze były plany, że w przyszłości będziesz mieszkał u nas, a Wy wijecie swoje wspólne gniazdko. Nie wiem czy do Was przyjść. Ona uważa, że jako mama powinnam Was odwiedzić bez specjalnego zaproszenia, a ja nie chcę się narzucać. Znów niedopowiedzenie stworzyło niesmak. Oznajmiacie mi, że będę babcią. Skaczę z radości. Rozpieszczam wnuka jak umiem, podrzucam zupki oraz obiadki. Ona mówi, że maluch je zupełnie co innego. Jak to, przecież dokładnie takie danie jadł mój syn? Na takim się wychował. Chcę pomóc przy kąpieli, przy usypianiu itp, itd. Jednak Ona robi to inaczej. Mówi, że tak jest bezpieczniej. Ale przecież to ja jestem doświadczoną matką, a mój dorosły syn jest cały i zdrowy. A Ty takiego chciałaś. Serce mi pęka, bo chcesz go zmieniać. Takiego pokochałaś z zaletami i wadami. 

Takiego jak ja wychowałam..... specjalnie dla Ciebie. Nie musisz go szlifować.....

Szanujmy siebie nawzajem. Choć czasem to bardzo trudne, dzielić się jednym ukochanym człowiekiem. Rozróżniajmy te dwa rodzaje miłości. Matka nie może być żoną, a żona nie może być matką. Pomimo tego,że mamy czasem zupełnie inne charaktery oraz pochodzimy z całkiem różnych rodzin, próbujmy znaleźć złoty środek. Zróbmy to dla siebie, żeby żyło nam się przyjemniej.


Rodzice, patrząc na swoje dzieci na początku swojej drogi w dorosłość, pragną je uchronić przed błędami, które same popełnili. Muszą jednak pamiętać, że to, co było na dany czas dobre dla nich , nie musi być dobre dla ich syna czy córki. Rozmawiajmy, mówmy co nas boli. I choć doskonale wiem, że niektórych ludzi po prostu już nie zmienimy to próbujmy, próbujmy, próbujmy i jeszcze raz próbujmy, tworzyć jak najlepsze relacje. Jeśli się nie uda, trudno, przynajmniej będziemy w porządku wobec siebie samych. Ja z czystym sumieniem mogę powiedzieć do swojej teściowej Mamo. Choć wiele spraw musiałyśmy przegadać i uporządkować.
Dla moich dzieci jest wspaniałą i niezastąpioną babcią. Wiem, że je kocha prawdziwą miłością, a one jej ją odwzajemniają. Wiem też, że mają swoje SŁODKIE tajemnice. Już im ich nie żałuję, byle z umiarem ;) 
Kiedy było źle, a niekiedy bardzo źle, moja teściowa nie zadawała pytań, nie krytykowała, nie oceniała.... po prostu była....Jak nikt inny...

Jeśli spodobał Wam się wpis, będzie mi miło, jeśli go udostępnicie. 
Zapraszam też na mój profil na Facebooku i Instagramie. 
Linki do portali znajdziecie w nagłówku.

Każda wasza aktywność jest dla mnie siłą do działania.


OSTATKOWE SZALEŃSTWO


Dziś mamy ostatki. Korzystając z okazji, że dzieci spędzają ten dzień u babci postanowiłam zaszaleć...

Moja zalegającą na krześle pościel, wreszcie doczekała się wyprasowania i schowania do szafy. Miała szczęściara prawdziwe wakacje. Odpoczywała tak sobie całe dwa miesiące, aż jej  leżak  krzesło się załamało  złamało, a ona biedna musiała zrobić skok w bok i pokochać drugie. Często bowiem imprezowała z ubrankami dzieci i koszulami męża.  To było ponad siły biednego, starego krzesła. Teraz ono będzie miało pewnie chillout tak do Wielkanocy, a jak nikt do nas nie postanowi wpaść to może nawet dłużej. Chyba, że mąż też pozwoli sobie na chwilę szaleństwa w ten ostatni dzień karnawału i postanowi przywrócić go do żywych. Niestety prasowanie przy moim młodszym Cudaku, póki co jest czynnością niemożliwą.  Każdego dnia odkładam to na wieczór,  kiedy zaśnie, ale potem okazuję się, że z tyłu głowy jakiś tajemniczy głos mówi do mnie: zrób to jutro, jutro, jutroooo.
I zawsze go słucham. Jest zdecydowanie za późno, żeby przeciwstawiać się nieznajomym.

Idąc za ciosem postanowiłam zmienić pościel wszystkich domowników na świeżą, więc kolejny turnus zawita niedługo w mojej posiadłości. Z tego względu, aby moi wycieczkowicze czuli się u mnie wspaniale i komfortowo, zdecydowałam się posprzątać salon. Odsunęłam łóżko... znalazłam tak wszystko, czego ja i moje dzieci szukaliśmy od pewnego czasu. Skarpetki, gumki do włosów, klocki lego, brakujące puzzle, flipsy.... Stop. Wystarczy. Przecież dopiero, co tam sprzątałam. Albo mi się wydaje. Czas przy dzieciach tak szybko leci.

Później pozwoliłam sobie na prawdziwy relaks. Włączyłam głośno ulubiona muzykę i pełna radości starłam kurze, odkurzyłam meble, zrobiłam dwa prania, poukładałam zabawki w dziecięcym pokoju, podlałam kwiaty, położyłam czysty obrusek, zapaliłam aromatyzowane świece, przystroiłam dom świeżymi kwiatami. Zapachniało wiosną. Także w łazience. Wyszorowałam zlew i wannę nowym detergentem o liliowym zapachu. Z wrażenia zrobiłam to dwa razy. Nie wiadomo kiedy, nadarzy się ponownie taka okazja. Usunęłam każdy zaciek, każdą plamkę, zbierający się kamień. Potem z Panem Mężem podziwialiśmy jak jest pięknie, czyściutko i świeżo. I tak będzie do jutraaa...aż impreza się skończy i  wrócą dzieci. Wtedy sprzątanie polega głównie na pilnowaniu, aby młodociany nie wrzucił czegoś do toalety oraz aby żaden środek chemiczny nie wpadł w jego ręce. Prasowanie można by zrobić ewentualnie żelazkiem na akumulator, pod warunkiem, że maluch odpuściłby sobie trzęsienie deską i trzymanie się mojej nogi.

Przy okazji dokonałam w swoim domu  niezwykłych odkryć. Chyba zacznę studiować archeologię. Okazało się, że mam do tego niezły talent. Znalazłam: nić dentystyczną w szafce z kaszami i makaronami, ugotowany makaron w półce z bielizną starszego syna, stary herbatnik w szufladzie z  moimi rajstopami, kredki w szafie z butami, kawałek kabanosa w pudełeczku ze spinaczami, nawilżane chusteczki w koszu na pranie. Co złego to nie ja. Wydawało mi się, że w miarę dobrze wychodzi mi zajmowanie się małym dzieckiem 😡😡😡 no, ale chyba mi się tylko wydawało. Chyba, że po moim domu krząta się człowiek widmo. O nie nie nie... Na więcej nie dam się nabrać. Wystarczy ostatków w domowych pieleszach. Postanowiliśmy z mężem, że nie wracamy po dzieci. Dzięki Bogu mam najukochańszą teściową na świecie, która przyjmie je na noc pod swoje skrzydła. A co, staruszkom też należy się coś od życia, od czasu do czasu.  Hurra!!! Wychodzimy bez dzieci..... we dwoje......do ludzi......z najlepszymi.....
Pa kochani. Idę zrobić się na bóstwo.
Miłej zabawy, gdziekolwiek spędzicie dzisiejszy wieczór.
                                                                                           

                                                 Mamolova

                                                                                                   

Jeśli spodobał Wam się wpis, będzie mi miło, jeśli go udostępnicie. 
Zapraszam też na mój profil na Facebooku i Instagramie. 
Linki do portali znajdziecie w nagłówku.
Każda wasza aktywność jest dla mnie siłą do działania.