Chcesz być u mnie na bieżąco? Wystarczy, że zostawisz tu swój adres e-mail :-)

PIŁECZKI Z BAJECZKI


Dopadło i mnie...Niestety mam w domu niejadka...albo małego człowieka o bardzo delikatnym podniebieniu, który za nim coś zje musi to obejrzeć z każdej strony, rozłożyć na czynniki pierwsze, dopytując o szczegóły. Chyba, że jest to coś słodkiego. Wtedy to zupełnie inny temat. 

Z tego względu matka zmuszona jest zgłębiać tajniki zdrowej kuchni. Czytam o wartościach odżywczych, metodach produkcji, miejscach uprawy. Nigdy nie wiem jakim pytaniem zaskoczy mnie mój syn. Szczerze mówiąc bardzo to lubię i sama mam okazję się dużo dowiedzieć.
Co prawda w okresach intensywnego wzrostu moje dziecko potrafi pochłonąć na prawdę bardzo dużo, to jednak jest kilka rzeczy, których nie chce nawet spróbować, patrzy na nie podejrzliwie i usuwa z talerza.

Jako dzielna matka, powiedziałam sobie, że się nie poddam i przekonam syna do tego, że to, co z pozoru może wydawać mu się niesmaczne możne być wisienką na torcie całego dania. Ta wisienka dała mu dużo do myślenia.

Zaczęłam stosować metodę przemycania...staram się łączyć składniki, które bardzo lubi z tymi, do których ciężko go przekonać. Jeżeli tylko czas nam pozwala przygotowujemy danie razem i wymyślamy mu nazwę.

I tak wczoraj na pierwszy ogień poszła znienawidzona rzodkiewka, z której powstały PIŁECZKI Z BAJECZKI.

Co było nam potrzebne:
  • 150 g sera twarogowego
  • 5 łyżek jogurtu naturalnego
  • 100 g kaszy jęczmiennej
  • 1 garść kiełków lucerny
  • 4 rzodkiewki
  • sól do smaku
Co musieliśmy zrobić:

1. Ugotować kaszę jęczmienną i pozostawić do ostygnięcia.
2. Wymieszać twaróg z jogurtem i ostudzoną kaszą na jednolitą masę.
3. Dodać kiełki oraz pokrojoną w drobną kosteczkę rzodkiewkę.
4. Posolić do smaku.
5. Uformować kulki.

Nie ma chyba nic prostszego. Mam to szczęście, że Cudak 1 uwielbia kaszę jęczmienną i biały ser, więc rzodkiewka przegrywa mecz 1:2. Cudakowi bardzo się spodobało takie porównanie i pozwolił wejść jej na boisko.

Udało nam się uturlać 20 piłeczek nieregularnych kształtów, ponieważ lepiły je także sześcioletnie rączki. Na zdjęciu te najpiękniejsze, nie może być inaczej.

Zachwyt Cudaka przy śniadaniu bezcenny. Wciągnął nawet melona i kiwi, które położyłam obok oraz dyniowe kamyki, które wbiły się w nasze piłeczki.

Mojego Cudaka strasznie urzekło to, że rzodkiewka pochodzi z Chin i, że zajadali się nią już faraonowie w Egipcie. Starożytni Grecy uważali ją za lekarstwo. W średniowieczu uchodziła za środek wpływający na jasność umysłu i korzystnie regulujący trawienie.

Ha, ha. Matka się przygotowała.

"Rzodkiewka zawiera, między innymi, witaminy z grupy C, PP, B1, B2, A oraz rozmaite związki mineralne, takie jak: sód, wapń, siarka, żelazo, magnez, miedź, fosfor" Cudak stwierdził że ta"zodkiewa" jest jakaś kosmiczna.

Dziecięca fantazja nie zna granic....matczyna też... znów poczułam się dzieckiem. 
                                          Smacznego

                                          Mamolova

Jeśli spodobał Wam się wpis, będzie mi miło, jeśli go udostępnicie. Zapraszam na mój profil na Facebooku i Instagramie.



8 komentarzy:

  1. Bardzo ciekawy pomysł na jadalne piłeczki :D
    Pozdrawiam,
    Aleksandra

    OdpowiedzUsuń
  2. Zrobię je na pewno w domu! Lubię kolorowe i łatwe jedzenie. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Kreatywne jedzonko :) A jak ładnie wygląda :)

    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. No kochana Mamo!! Po takiej lekturze zapragnęłam przemycać rzodkiewkę do każdego posiłku...jak faraon mógł to my tym bardziej😍😍 teoria pieknie podana w pigułce bardzo motywuje do rzeźbienia kuleczek😘

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję 😘 Każdy komentarz jest dla mnie niezwykłą motywacją 😉